czwartek, 13 lipca 2017

nieskończone tafle lustra

            Pierwsze uczucie, które pamiętam, to zazdrość. Zazdrościłam od zawsze. Zazdrościłam wszystkim wszystkiego. Zazdrościłam tak, jak się śpi i je; jak się pije, oddycha, sika i wypróżnia. Zazdrościłam tak, jak inni potrafią kochać i nienawidzić. Zazdrościłam, więc byłam. Zazdrościłam rodzicom, że są dorośli i siostrze, że jest młodsza. Zazdrościłam koleżankom, że są chude i otyłym, że są naprawdę grubi. Zazdrościłam malarzom, że malują i pisarzom, że piszą. Kierowcom zazdrościłam samochodów, a pieszym świeżego powietrza. Zazdrościłam matce kształtu jej paznokci i urody; ojcu, że jest mężczyzną i wzrostu. Cmentarzom zazdrościłam śmierci, a porodówkom – życia. Bogu zazdrościłam zmartwychwstania.
            Zazdrość obgryzała mi paznokcie i zabierała sen dniami, tygodniami. Zazdrość kazała mi się leczyć. Zazdrość kazała mi zakładać  czarne rajstopy czterdziestki przy czterdziestostopniowym upale. Zazdrość leżała mną na plaży w pełnym słońcu. Zazdrość śpiewała mi sto lat i doprowadzała do płaczu. Zazdrość pisała moje wiersze. Zazdrość wysyłała wiadomości pijane jak świnie. Zazdrość zaczęła palić papierosy w podstawówce. Zazdrość podzieliła mi świat na dwie grupy: nic i wszystko. W tę pierwszą byłam wpisana ja i tylko ja; w drugą – każdy inny człowiek.
            Dzisiaj, kiedy nakładam na twarz maseczkę z kremu i węgla aktywnego, a ciało pielęgnuje peelingiem z błota Morza Martwego, ja – wtedy zazdroszczę ja –  teraz i wyrzucam sobie w nieskończone tafle lustra, że nie zaczęłam wcześniej: przeglądać się we własnym zwierciadle i zniewoliłam się obietnicą jutra.
           

            Jutro zazdrości dzisiaj, bo ono już wie, którędy zachodzi słońce i jak szerokie są horyzonty myśli. 

1 komentarz: