Wyszłam z domu. Nie mogłam już tego
słuchać, mimo że cała się w słuch zamieniłam. (Możemy mówić tylko w nawiasach i
cudzysłowach; te dwie formy wydają się najwłaściwsze w momencie całkowitej dewaluacji
słów, semantyki i aksjologii.) Droga między Tu i Tam jest krótka. Wydaje się
mgnieniem oka. Tam, wydawało mi się, będzie ciszej i spokojniej; zieleniej.
Zielony lęk. Epitet ściśle powiązany ze zjawiskiem; homeryckość chwil upadku i
powstania. To jest taki czas. (Zawsze wyobrażałam sobie, że Troi był upał i że było
zielono. To się wszystko ze sobą łączy.)
Tam, rzeczywiście, niebo jakoby
bardziej błękitne (Może błękitne naprawdę.), powietrze stoi dzielnie; słodkie i
lipcowe, beztlenowe a jednak - życiodajne. Zieleń wybucha manifestem odrodzenia
się z zimowego snu. Wrona rozdziobała worek ze śmieciami. Ładny obrazek. Miały
nas nie rozdziobać (To jeden poeta.), a rozdziobały (To drugi pisarz; i komu wierzyć?). Obraz,
który zapowiada. Obraz apokaliptyczno-wizjonerski. Dostępuję zaszczytu
pozbierania odpadków. Byleby się samej jakoś pozbierać. (Byleby to wszystko jeszcze
się udało jakoś pozbierać.)
Klucz do różowej (W kolorze wyciętej
przed jakimś czasem wiśni; szkoda mi jej białego pnia, które poddało się
bezlitosnej wycince; dobrze, że kolor pamięta.) altanki zdaje się nie pasować.
Przekręcam go uparcie w lewą stronę. Czuję opór. Próbuję w prawo. Drzwi
otworzyły się. Za plecami słyszę – rechot historii.
Z altanki wyjmuję: krzesło i popielniczkę.
Będą niezbędne do rytuału Wydechu Sądu Ostatecznego. (Ile sądów, tyle ostateczności,
co dobrze słychać w głosach ekspertów, których tłumy przewijają się przez
studia telewizyjne.) Stawiam i krzesło, i popielniczkę, na środku niewielkiego
trawnika. W pełnym słońcu, żeby wszystko było jasne. (To bardzo ważne w
czasach, gdy znowu nie widzę różnicy między Światłem i Ciemnością, a widzieć ją
muszę; szczególnie teraz.) Siadam. Zapalam papierosa. Nie ruszam się.
A świat wokół mnie błękitnieje i
zielenieje w lęku i trwodze rodzenia. A świat świeci się słońcem. A świat cieni
się chmurą. A świat nie pyta. A świat cały czas nam podpowiada. A świat leci:
pszczołą, ptakiem i stadem motyli. I jeden z tych motyli siada delikatnie na
moim kolanie. Pochylam się nad nim. Wydaje mi się, że on się we mnie wpatruję,
więc i ja zaczynam się wpatrywać w niego. Patrzymy się w siebie, jakbyśmy byli
dziećmi tego samego Boga. (Może jesteśmy? Mam nadzieję. Mój Bóg bowiem na pewno
jest Bogiem motyli.) Ja, zamieniona w słuch, czuję, jak motyl mówi: „Czy tak
nie jest lepiej? Tak siedzieć w ciszy, spokoju; dawać się zamykać w kokon
lepkiego letniego oddechu lata; w tej osłonce z zielonej trawy i otoczce nieba;
we wspomnieniu dzikiej wiśni i przekwitłych róż; w powłoce z pyłków; w
obietnicy słodkiego miodu, co zalepia usta i oczy; czy tak nie lepiej – nie widzieć,
nie mówić - nie myśleć na chwilę; się
oddać w siebie; w tę ucieczkę; w to oczekiwanie bez lęku.”
Bez lęku nie ma nadziei.
Nie, nie jest lepiej.
Odgoniłam motyla szybkim ruchem
dłoni, jak się odgania natrętną myśl.
Boję się, ale strach nie jest
tchórzostwem, a lęk nie jest bez-nadzieją. Lęk jest kokonem wykluwającego się
motyla, który leci w nieskrępowaną nadzieję następnej wiosny.
(Nigdy nie przestanę się bać. Nigdy
nie przestanę się nadzieić.)