wtorek, 18 lipca 2017

Manifest zielonego lęku

            Wyszłam z domu. Nie mogłam już tego słuchać, mimo że cała się w słuch zamieniłam. (Możemy mówić tylko w nawiasach i cudzysłowach; te dwie formy wydają się najwłaściwsze w momencie całkowitej dewaluacji słów, semantyki i aksjologii.) Droga między Tu i Tam jest krótka. Wydaje się mgnieniem oka. Tam, wydawało mi się, będzie ciszej i spokojniej; zieleniej. Zielony lęk. Epitet ściśle powiązany ze zjawiskiem; homeryckość chwil upadku i powstania. To jest taki czas. (Zawsze wyobrażałam sobie, że Troi był upał i że było zielono. To się wszystko ze sobą łączy.)
            Tam, rzeczywiście, niebo jakoby bardziej błękitne (Może błękitne naprawdę.), powietrze stoi dzielnie; słodkie i lipcowe, beztlenowe a jednak - życiodajne. Zieleń wybucha manifestem odrodzenia się z zimowego snu. Wrona rozdziobała worek ze śmieciami. Ładny obrazek. Miały nas nie rozdziobać (To jeden poeta.), a rozdziobały  (To drugi pisarz; i komu wierzyć?). Obraz, który zapowiada. Obraz apokaliptyczno-wizjonerski. Dostępuję zaszczytu pozbierania odpadków. Byleby się samej jakoś pozbierać. (Byleby to wszystko jeszcze się udało jakoś pozbierać.)
            Klucz do różowej (W kolorze wyciętej przed jakimś czasem wiśni; szkoda mi jej białego pnia, które poddało się bezlitosnej wycince; dobrze, że kolor pamięta.) altanki zdaje się nie pasować. Przekręcam go uparcie w lewą stronę. Czuję opór. Próbuję w prawo. Drzwi otworzyły się. Za plecami słyszę – rechot historii.
            Z altanki wyjmuję: krzesło i popielniczkę. Będą niezbędne do rytuału Wydechu Sądu Ostatecznego. (Ile sądów, tyle ostateczności, co dobrze słychać w głosach ekspertów, których tłumy przewijają się przez studia telewizyjne.) Stawiam i krzesło, i popielniczkę, na środku niewielkiego trawnika. W pełnym słońcu, żeby wszystko było jasne. (To bardzo ważne w czasach, gdy znowu nie widzę różnicy między Światłem i Ciemnością, a widzieć ją muszę; szczególnie teraz.) Siadam. Zapalam papierosa. Nie ruszam się.
            A świat wokół mnie błękitnieje i zielenieje w lęku i trwodze rodzenia. A świat świeci się słońcem. A świat cieni się chmurą. A świat nie pyta. A świat cały czas nam podpowiada. A świat leci: pszczołą, ptakiem i stadem motyli. I jeden z tych motyli siada delikatnie na moim kolanie. Pochylam się nad nim. Wydaje mi się, że on się we mnie wpatruję, więc i ja zaczynam się wpatrywać w niego. Patrzymy się w siebie, jakbyśmy byli dziećmi tego samego Boga. (Może jesteśmy? Mam nadzieję. Mój Bóg bowiem na pewno jest Bogiem motyli.) Ja, zamieniona w słuch, czuję, jak motyl mówi: „Czy tak nie jest lepiej? Tak siedzieć w ciszy, spokoju; dawać się zamykać w kokon lepkiego letniego oddechu lata; w tej osłonce z zielonej trawy i otoczce nieba; we wspomnieniu dzikiej wiśni i przekwitłych róż; w powłoce z pyłków; w obietnicy słodkiego miodu, co zalepia usta i oczy; czy tak nie lepiej – nie widzieć, nie mówić  - nie myśleć na chwilę; się oddać w siebie; w tę ucieczkę; w to oczekiwanie bez lęku.”
            Bez lęku nie ma nadziei.
           
            Nie, nie jest lepiej.
           
            Odgoniłam motyla szybkim ruchem dłoni, jak się odgania natrętną myśl.
           
            Boję się, ale strach nie jest tchórzostwem, a lęk nie jest bez-nadzieją. Lęk jest kokonem wykluwającego się motyla, który leci w nieskrępowaną nadzieję następnej wiosny.

            (Nigdy nie przestanę się bać. Nigdy nie przestanę się nadzieić.) 

czwartek, 13 lipca 2017

nieskończone tafle lustra

            Pierwsze uczucie, które pamiętam, to zazdrość. Zazdrościłam od zawsze. Zazdrościłam wszystkim wszystkiego. Zazdrościłam tak, jak się śpi i je; jak się pije, oddycha, sika i wypróżnia. Zazdrościłam tak, jak inni potrafią kochać i nienawidzić. Zazdrościłam, więc byłam. Zazdrościłam rodzicom, że są dorośli i siostrze, że jest młodsza. Zazdrościłam koleżankom, że są chude i otyłym, że są naprawdę grubi. Zazdrościłam malarzom, że malują i pisarzom, że piszą. Kierowcom zazdrościłam samochodów, a pieszym świeżego powietrza. Zazdrościłam matce kształtu jej paznokci i urody; ojcu, że jest mężczyzną i wzrostu. Cmentarzom zazdrościłam śmierci, a porodówkom – życia. Bogu zazdrościłam zmartwychwstania.
            Zazdrość obgryzała mi paznokcie i zabierała sen dniami, tygodniami. Zazdrość kazała mi się leczyć. Zazdrość kazała mi zakładać  czarne rajstopy czterdziestki przy czterdziestostopniowym upale. Zazdrość leżała mną na plaży w pełnym słońcu. Zazdrość śpiewała mi sto lat i doprowadzała do płaczu. Zazdrość pisała moje wiersze. Zazdrość wysyłała wiadomości pijane jak świnie. Zazdrość zaczęła palić papierosy w podstawówce. Zazdrość podzieliła mi świat na dwie grupy: nic i wszystko. W tę pierwszą byłam wpisana ja i tylko ja; w drugą – każdy inny człowiek.
            Dzisiaj, kiedy nakładam na twarz maseczkę z kremu i węgla aktywnego, a ciało pielęgnuje peelingiem z błota Morza Martwego, ja – wtedy zazdroszczę ja –  teraz i wyrzucam sobie w nieskończone tafle lustra, że nie zaczęłam wcześniej: przeglądać się we własnym zwierciadle i zniewoliłam się obietnicą jutra.
           

            Jutro zazdrości dzisiaj, bo ono już wie, którędy zachodzi słońce i jak szerokie są horyzonty myśli.