* * *
piątek, 8 września 2017
matematyka neokolonialna
* * *
ja nie wiem o co tym ludziom chodzi to tylo gabki moj boze gabki do mycia naczyn po tym, jak sie juz nazarles, gabki do mycia twojego upoconego cielska, gabki do zasmogowanych szyb samochodowych, gabki do mycia zarzyganych, sobotnich ulic; to wszystko nie jest na powaznie
ja to wiem, ale oni tego nie wiedza
mysla, ze to sa powazne sprawy; istotne; ze wokol tego moze zakrecic sie jakis swiat, ale jedyne co sie kreci, to czlowiek wokol wlasnej osi, kiedy nie wie, w co rece wlozyc i marzy o tym, by wlazyc lape w maszyne, zeby mu ja urwalo, zeby juz nie musiec wiecej skladac tych pudelek
budze sie bez czucia w obu dloniach
budze sie i nie wiem, czy jeszcze mam dlonie
budze sie bezreczna i bezmyslna
* * *
przestalam przejmowac sie przecinkami przy 28 palecie
* * *
tak w ogole - jezeli myslicie, ze kolonializm sie skonczyl, to jestescie w glebokim bledzie; ale nie mowcie nikomu, ze wiem; dzieki temu, ze istnieje taka nieprawda, jak postkolonializm, moge studiowac to, co studiuje; nie mowcie nikomu, ze postkolonializm sie jeszcze nie zaczal, bo mi rozwiaza kierunek, prosze, nie mowcie
ale jest w kolonializmie brytyjskim ciekawy zwrot akcji; to juz nie ekspansja; to - przyciganie i kumulacja; to juz nie jest tak, ze Oni przyjezdzaja i mowia nam, jak zyc; to jest tak, ze Inny przyjezdzai dobrowolnie (?), samodzielnie (?), zgodnie z wlasnym sumieniem (?!?!?!?!) zgadza sie na Ich reguly - zycia, zachowania, jezyka - mowionego i pisanego (jestes tutaj, wiec pisz cyfry tak, jak my - so sorry)
wiec zgadzam sie na to
bo pan bog twoj bo hajsik slodki bo dobrze jest zarabiac 8 funtow razy 4 i pol mniej wiecej 36 zl na godzine razy 8 to jest 270 zl za dzien co daje dodane do siebie 5 razy okolo 1350 zl na czysto
matematyka neokolonialna
matematyka z marginesem bledu obliczonym na glupoty
matematyka zaciskania zebow
matematyka przeliczania godzin na pieniadze
matematyka skumulowanej rozpaczy
i pan wiedzial ze to bylo Dobre
* * *
ale nie moge narzekac
ostatecznie
milczenie uczy kazdego slowa na nowo:
wartosc pokora nadzieja mysl czas kregoslup lopatka woda
przemilczec osiem godzin przemyslec osiem godzin przespac osiem godzin
nigdy nie zwatpic w nastepny dzien
wtorek, 18 lipca 2017
Manifest zielonego lęku
Wyszłam z domu. Nie mogłam już tego
słuchać, mimo że cała się w słuch zamieniłam. (Możemy mówić tylko w nawiasach i
cudzysłowach; te dwie formy wydają się najwłaściwsze w momencie całkowitej dewaluacji
słów, semantyki i aksjologii.) Droga między Tu i Tam jest krótka. Wydaje się
mgnieniem oka. Tam, wydawało mi się, będzie ciszej i spokojniej; zieleniej.
Zielony lęk. Epitet ściśle powiązany ze zjawiskiem; homeryckość chwil upadku i
powstania. To jest taki czas. (Zawsze wyobrażałam sobie, że Troi był upał i że było
zielono. To się wszystko ze sobą łączy.)
Tam, rzeczywiście, niebo jakoby
bardziej błękitne (Może błękitne naprawdę.), powietrze stoi dzielnie; słodkie i
lipcowe, beztlenowe a jednak - życiodajne. Zieleń wybucha manifestem odrodzenia
się z zimowego snu. Wrona rozdziobała worek ze śmieciami. Ładny obrazek. Miały
nas nie rozdziobać (To jeden poeta.), a rozdziobały (To drugi pisarz; i komu wierzyć?). Obraz,
który zapowiada. Obraz apokaliptyczno-wizjonerski. Dostępuję zaszczytu
pozbierania odpadków. Byleby się samej jakoś pozbierać. (Byleby to wszystko jeszcze
się udało jakoś pozbierać.)
Klucz do różowej (W kolorze wyciętej
przed jakimś czasem wiśni; szkoda mi jej białego pnia, które poddało się
bezlitosnej wycince; dobrze, że kolor pamięta.) altanki zdaje się nie pasować.
Przekręcam go uparcie w lewą stronę. Czuję opór. Próbuję w prawo. Drzwi
otworzyły się. Za plecami słyszę – rechot historii.
Z altanki wyjmuję: krzesło i popielniczkę.
Będą niezbędne do rytuału Wydechu Sądu Ostatecznego. (Ile sądów, tyle ostateczności,
co dobrze słychać w głosach ekspertów, których tłumy przewijają się przez
studia telewizyjne.) Stawiam i krzesło, i popielniczkę, na środku niewielkiego
trawnika. W pełnym słońcu, żeby wszystko było jasne. (To bardzo ważne w
czasach, gdy znowu nie widzę różnicy między Światłem i Ciemnością, a widzieć ją
muszę; szczególnie teraz.) Siadam. Zapalam papierosa. Nie ruszam się.
A świat wokół mnie błękitnieje i
zielenieje w lęku i trwodze rodzenia. A świat świeci się słońcem. A świat cieni
się chmurą. A świat nie pyta. A świat cały czas nam podpowiada. A świat leci:
pszczołą, ptakiem i stadem motyli. I jeden z tych motyli siada delikatnie na
moim kolanie. Pochylam się nad nim. Wydaje mi się, że on się we mnie wpatruję,
więc i ja zaczynam się wpatrywać w niego. Patrzymy się w siebie, jakbyśmy byli
dziećmi tego samego Boga. (Może jesteśmy? Mam nadzieję. Mój Bóg bowiem na pewno
jest Bogiem motyli.) Ja, zamieniona w słuch, czuję, jak motyl mówi: „Czy tak
nie jest lepiej? Tak siedzieć w ciszy, spokoju; dawać się zamykać w kokon
lepkiego letniego oddechu lata; w tej osłonce z zielonej trawy i otoczce nieba;
we wspomnieniu dzikiej wiśni i przekwitłych róż; w powłoce z pyłków; w
obietnicy słodkiego miodu, co zalepia usta i oczy; czy tak nie lepiej – nie widzieć,
nie mówić - nie myśleć na chwilę; się
oddać w siebie; w tę ucieczkę; w to oczekiwanie bez lęku.”
Bez lęku nie ma nadziei.
Nie, nie jest lepiej.
Odgoniłam motyla szybkim ruchem
dłoni, jak się odgania natrętną myśl.
Boję się, ale strach nie jest
tchórzostwem, a lęk nie jest bez-nadzieją. Lęk jest kokonem wykluwającego się
motyla, który leci w nieskrępowaną nadzieję następnej wiosny.
(Nigdy nie przestanę się bać. Nigdy
nie przestanę się nadzieić.)
czwartek, 13 lipca 2017
nieskończone tafle lustra
Pierwsze uczucie, które pamiętam, to
zazdrość. Zazdrościłam od zawsze. Zazdrościłam wszystkim wszystkiego.
Zazdrościłam tak, jak się śpi i je; jak się pije, oddycha, sika i wypróżnia.
Zazdrościłam tak, jak inni potrafią kochać i nienawidzić. Zazdrościłam, więc
byłam. Zazdrościłam rodzicom, że są dorośli i siostrze, że jest młodsza.
Zazdrościłam koleżankom, że są chude i otyłym, że są naprawdę grubi.
Zazdrościłam malarzom, że malują i pisarzom, że piszą. Kierowcom zazdrościłam
samochodów, a pieszym świeżego powietrza. Zazdrościłam matce kształtu jej paznokci
i urody; ojcu, że jest mężczyzną i wzrostu. Cmentarzom zazdrościłam śmierci, a porodówkom
– życia. Bogu zazdrościłam zmartwychwstania.
Zazdrość obgryzała mi paznokcie i
zabierała sen dniami, tygodniami. Zazdrość kazała mi się leczyć. Zazdrość
kazała mi zakładać czarne rajstopy
czterdziestki przy czterdziestostopniowym upale. Zazdrość leżała mną na plaży w
pełnym słońcu. Zazdrość śpiewała mi sto lat i doprowadzała do płaczu. Zazdrość
pisała moje wiersze. Zazdrość wysyłała wiadomości pijane jak świnie. Zazdrość
zaczęła palić papierosy w podstawówce. Zazdrość podzieliła mi świat na dwie
grupy: nic i wszystko. W tę pierwszą byłam wpisana ja i tylko ja; w drugą –
każdy inny człowiek.
Dzisiaj, kiedy nakładam na twarz
maseczkę z kremu i węgla aktywnego, a ciało pielęgnuje peelingiem z błota Morza
Martwego, ja – wtedy zazdroszczę ja – teraz
i wyrzucam sobie w nieskończone tafle lustra, że nie zaczęłam wcześniej:
przeglądać się we własnym zwierciadle i zniewoliłam się obietnicą jutra.
Jutro zazdrości dzisiaj, bo ono już
wie, którędy zachodzi słońce i jak szerokie są horyzonty myśli.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)